W jednym z artykułów Francesco Casetti i Roger Odin przeprowadzają podział na paleo- i neo-telewizję. Paleo-telewizję nazywają instytucją i przyrównują ją do klasy szkolnej, w której widzowie są uczniami, a osoby pracujące na potrzeby telewizji – nauczycielami. Relacja komunikacyjna jest więc niesymetryczna i w zasadzie jednokierunkowa. Programy telewizyjne charakteryzuje wyraźna przynależność gatunkowa i przeznaczenie dla określonej grupy odbiorców. Ujęte są w sztywną ramówkę – stanowią odrębne cząstki pewnej sekwencji, zaczynające się i kończące o ustalonych porach, emitowane cyklicznie w zgodzie z ustalonym wcześniej harmonogramem.
W opozycji do tej formy przekazu autorzy sytuują neo-telewizję. Następuje tu zerwanie z pedagogicznym układem, a organizacja programów zbliża się do Williamsowskiego strumienia. Przejście od paleo- do neo-telewizji widoczne jest również w polskich stacjach, zwłaszcza komercyjnych. Minianaliza dotyczyć będzie odcinka programu telewizji śniadaniowej Dzień dobry TVN, nadanego wczoraj między godziną 8:30 a 11:00. Już ten niedługi fragment strumienia wystarczył, by odnaleźć większość wymienionych przez autorów cech nowej telewizyjnej formuły.
W neo-telewizji miejsce relacji polegającej na podporządkowaniu odbiorcy autorowi przekazu zajmuje wzajemna aktywność obu stron – zostajemy zaproszeni do współbiesiadowania. Wydaje się, że w programie Dzień Dobry TVN reguła ta została zrealizowana tylko częściowo. Widz nie pojawił się w studiu; nie kontaktowano się z nim telefonicznie. Niemniej jednak goście, choć rozpoznawani, byli swego rodzaju rzecznikami odbiorców – i tak cztery znane kobiety swobodnie rozmawiały o tym, czy dobrze być singielką. Znajomością konwencji wykazał się również jeden z aktorów, który dzierżąc w jednej ręce pomidor, w drugiej mandarynkę, zachęcał widzów do udziału w konkursie z cyklu „znajdź różnicę”. W ten sposób neo-telewizja staje się miejscem swobodnej wymiany i konfrontacji poglądów. Czasem zahacza to o problemy ważkie (krótka dyskusja o badaniu rasizmu w Polsce), zwykle jednak dotyczy spraw błahych (Czy Piotr Adamczyk otwiera cukiernię?). Prowadząca, polecając stronę internetową poświęconą przygotowaniom do ślubu księcia Williama i jego narzeczonej Kate (nazywanej poufale Kasią), jest jak znajoma, która podsyła bardziej lub mniej interesujący link. Z tym wiąże się kolejna cecha neo-telewizji – relacja bliskości. W centrum zainteresowania jest życie codzienne – mamy więc rozmowę o podwyżkach, przepisy kuchenne, przegląd prasy. Nawet samo studio przypomina dom; jest salonik i przytulna kuchnia. Pojawiają się historyjki (zasłyszane u fryzjera), rady (jak podcinać krzewy), plotki dotyczące gwiazd (humory Anji Rubik). To pociąga za sobą familiarność – nikogo nie dziwi, że Tomasz Jacyków zwraca się do współprowadzącej per kochanie, Jolanta Pieńkowska dość bezpardonowo przypomina jednej z goszczących modelek jej wywrotkę na wybiegu, a jeden z prezenterów głośno zaśmiewa z krążącego po sieci filmu.
Zmiany widoczne są też na poziomie struktury strumienia. W neo-telewizji ramówka rozmywa się. Widać to najlepiej w dłuższym odcinku czasu, jednak próbkę mamy już w pojedynczym programie telewizji śniadaniowej, kiedy pojawiają się zapowiedzi poszczególnych segmentów, a głos przekazywany jest kolejnym prezenterom. Dzień Dobry TVN to dobry przykład programu-omnibusu, łączącego odmienne gatunkowo elementy – od talk-show po dziennik informacyjny – i z racji tego nastawionego na różnego typu odbiorcę. Pełno tu wstawek: czasowych (dynamiczne czołówki, oddzielające poszczególne części programu) i przestrzennych (paski informacyjne), wewnętrznych lub zewnętrznych w stosunku do przekazu. Wstawki organizują i dynamizują strumień. Wszystko migocze, pulsuje; znamienne jest zdanie, wypowiedziane w pewnym momencie przez samą prowadzącą: Dlaczego ja tak szybko mówię?
A jak wyglądało moje doświadczenie jako widza? Wolny piątek. Pobudka o 8:15. Półprzytomna człapię do kuchni i wstawiam wodę. Szukam największego kubka i myślę, że za to wszystko należy mi się medal. Zabieram kawę i jogurt. O 8:25 kończy się serial i pojawia zapowiedź programu – jedna z prezenterek macha do kamery trzepaczką do jajka, no ładnie. 8:30 – gramy. Przez pierwsze pół godziny dzielnie notuję i trwam na posterunku. Trochę ziewam, trochę podśmiewuję z bezradności prezenterów i realizatorów wobec ustawionej na sztaludze reprodukcji Mondriana – bohatera mikrobloku Kuchnia inspirowana sztuką. W miarę upływu czasu notatek jest coraz mniej. Podczas którejś z kolei przerwy na reklamy idę zrobić śniadanie. Wracam i, pogryzając, z zaciekawieniem zerkam na kreację Anny Piaggi z pokazu mody w Mediolanie. Za chwilę dostaję sms od mamy, że powinnam zanieść buty do szewca; idę obejrzeć – rzeczywiście, odkleja się podeszwa. Powrót na kanapę. Trwa rozmowa o tym, co każda kobieta powinna mieć w szafie. Myślę sobie, że taka marynarka by mi się przydała... W ten sposób telewizja śniadaniowa wmieszała się w mój normalny rytm porannych czynności. Wydaje się, że podobnie wygląda doświadczenie większości widzów – chcąc nie chcąc, dają się wciągnąć w wibrujący strumień. Medal zatem będzie, ale z ziemniaka.
Fragment piątkowego odcinka tu.
u